Sierpień 2022

Widok na Mangart z trasy na Stella Novea

Trochę się narobiło wyjazdów różnych ostatnio, niekarynckich, więc mała przerwa w przejazdach i wycieczkach do opisania tutaj. Pojawiła się też nowa maszyna, szosowa, która musiała też ciutkę poczekać na doposażenie, aż w końcu można było w drogę.

Właściwie ta trasa też niekaryncka, ale ponieważ częścią przyjemności mieszkania w Villach jest to, że Italia i Słowenia za rogiem, to jak najbardziej się tu nadaje.

Sella Nevea to miejsce które do tej pory kompletnie mi nic nie mówiło, i szczerze powiedziawszy, dalej niewiele mówi poza tym, że można tam zrobić w miarę sensowną pętlę szosową. Jak jednak się dowiedziałem, jest dobrym miejscem wypadowym na Kanin, jedną z wyższych (2582mnpm) i ciekawszych gór w okolicy.

Mała wioska tuż przed Tarvisio

Standartowo do Włoch jedzie się przez Arnoldstein, wzdłuż południowego stoku góry Dobrtasch, potem ze skrętem na południe do Tarvisio, dokładnie tą samą trasą którą opisałem jako najlepszą trasę rowerową. Tuż przed wjazdem do miasta odbija się w kierunku na Bovec / Sella Nevea. O ile do tej pory było leciutko pod górkę, tak teraz jest zdecydowanie mocniej.

Lago di Perdil

Po około 10km i wzniesieniu jakieś 250m dojeżdża się do uroczego, niewielkiego jeziorka Lago di Predil. Tu znów droga się rozdziela: w lewo i do góry wiedzie w stronę granicy ze Słowenią, do Bovec lub dalej na Mangart, a prosto właśnie na Sella Nevea.

Droga jeszcze faluje, trochę w górę, trochę w dół jakby się nie mogła zdecydować kiedy zacząć wspinaczkę, aż w końcu nadchodzi moment, gdzie jest jasne, że trzeba brać się do roboty.

Dzień wolny, więc sporo motorów i samochodów, ale nie było to jakoś specjalnie przeszkadzające. Tym razem znów podjeżdża się jakieś 250m ale na dystansie niecałych 5km. Nie jest to zatem podjazd bardzo trudny, ale popalić trochę daje.

Serpentyny na wjeździe

Na górze ośrodek narciarski, gondola na Kanin i ogólnie sporo się dzieje: są hotele, pensjonaty itp. A dalej – trasa w dół.

Ośrodek na przełęczy

Na początku bardzo stromo, pełno serpentyn i niesamowitych widoków, kilka tuneli i znów widoki. Trudno mi było je sfotografować, bo ręce trzeba trzymać na hamulcach, a zatrzymać się nie bardzo jak, bo droga wąska i ruchliwa. Po kolejnych 5km zjazdu nachylenie nieco spada, ale i tak podziwiałem tych co w przeciwną stronę, od Chiusaforte, bo stamtąd naprawdę daje popalić: 17km podjazd z przewyższeniem 700m, przy czym ostatnie kilka to prawie 10%. Pojadę później, zwłaszcza że wolniejsze tempo będzie sprzyjać podziwianiu widoków, a jest naprawdę co: są wodospady, skarpy itd.

Ostre zjazdy w stronę Chiusaforte
Wodospad Repepelt

W końcu rozbolałe nadgarstki mogą odpocząć i wjeżdża się do Chiusaforte. Miasteczko to leży przy trasie rowerowej Alpe Adria, i jako takie jest wyposażone w kilka czynnych cały czas punktów gastronomicznych, co we Włoszech wcale nie jest takie oczywiste.

Szalona restauracja dal Vito

Trafiła mi się knajpa tak włoska, że bardziej się już chyba nie da. Kelnerzy i kelnerki zupełnie losowo wybierali stoliki do których podchodzili, menu było, ale nie wszyscy mogli dostać, na szczęście na wymiętolonej kartce kelnerka miała zapisane co na dziś. Jak tylko skończyłem jeść swoją pastę, przyniesiono mi drugą, wmawiając, że przecież zamówiłem, a na napój nie mogłem się doczekać. Kelnerzy dyrygowali kto gdzie może postawić rower, ponieważ ciut wcześniej zablokowali dojazd do stojaka dostawionym stolikiem, z którego nikt nie chciał korzystać, bo stał między rowerami. W końcu, by zapłacić, należało wejść do baru, gdzie kasa się psuła, a zgadywanie co kto zamówił i ile należy zapłacić odbywało się na podstawie zapisków kelnerek, które były wrzucane w przegródki pudełka z numerami stolików – nie muszę mówić, że nie tych co trzeba, oraz zeznań kelnerek i sprzeciwu klientów. 10 minut stania w kolejce. Italians!

Ale jedzenie było ok.

Odpocząwszy i rozbawiony obserwacją włoskiej organizacji zabrałem się za drogę powrotną; znałem ją bo już kilka razy jechałem nią kierunku przeciwnym. Nie przypuszczałem jednak, że aż tak da mi popalić.

Patrzy się na nią jednak inaczej. Widoki z pozoru znajome, ale w drugą stronę inne. Inne światło, inne przed siebie patrzenia.

Przejazd przez stary most kolejowy
Między Chiusaforte a Pontebbą

A sama jazda? Niby takie 2-3% nachylenia, niby takie lekkie wzniesienia. Za to bez wyjątku, permanentnie i nieustępliwie przez 25km. Na dodatek nowy rower ma inny kształt siedzenia, ugniatał mnie bardziej niż zwykle, piekł tyłek i piekły łydki. Katorga jakaś.

Miejsce odpoczynku na trasie, w tle pump track dla dzieci

Po drodze więc krótki postój regeneracyjny dla 4 liter, z pysznym piwem którego nazwy nie dostrzegłem, i dalej do Tarvisio, bo tuż przed, jak pamiętałem, już z górki. Uff, co za ulga.

Całość trasy to 130km i 1500m przewyższeń w niecałe 5 i pół godziny. Ładna, choć trudniejsza niż wygląda na mapie.

Zdjęcie i profil trasy z serwisu Strava.com